Plan na sezon 2025 był w teorii prosty – dotrzeć do Norwegii. W praktyce oznaczało to jednak spore wyzwanie. Sezon rozpoczynaliśmy na południu Hiszpanii, a początkowo trasa prowadziła pod przeważające północno-zachodnie wiatry wiejące wiosną wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Europy. Sam rejs do Norwegii liczył ponad 2000 mil morskich, a my do tego zaplanowaliśmy jeszcze powrót do miejsca startu - Almerimar.

Planowanie Sezonu 2025

Jako finalny cel podróży obraliśmy sobie Lofoty, mając jednak świadomość, że dotarcie tam to już ponad 3000 mil od naszego punktu startu. Postanowiliśmy więc nie przywiązywać się zbytnio do tej wizji. Jeśli do tego planu dodać jeszcze zwiedzanie, górskie wędrówki i nieuniknione postoje w oczekiwaniu na odpowiednie okna pogodowe, od początku było jasne, że czeka nas długi i bardzo intensywny sezon.

I niewątpliwie taki był, a na naszym blogu znajdziecie już pełne opisy zarówno trasy na północ, jak i rejsu powrotnego.

Logbook 2025: "Czyli Tam..." Podsumowanie sezonu 2025.

Logbook 2025: "... i z Powrotem". Podsumowanie sezonu 2025.

W tym wpisie skupimy się jednak na głównym celu naszej podróży – Norwegii. Opowiemy, jak to się stało, że ostatecznie zrezygnowaliśmy z naszego pierwotnego celu, czyli Lofotów, i zamiast tego spędziliśmy niemal dwa tygodnie w jednym z najbardziej spektakularnych fjordów Norwegii. Miejscu, które – w przeciwieństwie do słynnych Lofotów – wciąż nie jest przytłoczone tłumami turystów.

Zapraszamy!



Dlaczego nie popłynęliśmy na Lofoty?

To, że nie uda nam się dotrzeć na Lofoty, zaczęło nabierać realnych kształtów już podczas pobytu na Szetlandach. Ten szkocki archipelag tak bardzo przypadł nam do gustu, że spędziliśmy tam znacznie więcej czasu, niż pierwotnie zakładaliśmy, a mimo to wciąż mieliśmy ochotę zostać dłużej. O Szetlandach napisaliśmy krótki Przewodnik Żeglarski, znajdziecie go tutaj.

Do dalszej żeglugi nie zachęcała również pogoda. Akurat w tamtym okresie znalezienie odpowiedniego okna pogodowego na przejście Morza Norweskiego nie było łatwe. I kiedy byliśmy już o krok od podjęcia decyzji, że zostajemy na Szetlandach, w prognozach zamajaczyło całkiem korzystne okno pogodowe. Na tym etapie wciąż możliwe było jeszcze dotarcie na same Lofoty, jednak oznaczałoby to bardzo szybki przelot, bez szans na zostanie tam na dłużej.

Wtedy pojawił się inny pomysł.

Skoro mieliśmy około dwóch tygodni na wyskok do Norwegii, a później planowaliśmy powrót na Szetlandy i kontynuowanie rejsu na południe, może warto wybrać cel położony bliżej? W końcu Norwegia to nie tylko Lofoty.

Dlaczego wybraliśmy Sognefjorden?

Na naszym radarze pojawił się więc Sognefjorden , będący najdłuższym fiordem Europy , który wcześniej trafił już na listę miejsc wartych odwiedzenia podczas przygotowań do sezonu.

Wszystko zaczęło składać się w idealną całość. Fjord położony jest znacznie bliżej niż Lofoty, jest dużo mniej turystyczny i oferuje fantastyczne szlaki piesze dostępne prosto z pokładu jachtu.

Decyzja była więc szybka.

Płyniemy!

I pisząc to z perspektywy czasu - to była bardzo, bardzo dobra decyzja!

Informacje Praktyczne

W poniższym wpisie, jak w każdym innym na naszym blogu, dzielimy się wyłącznie informacjami z pierwszej ręki. Wszystkie opisane miejsca odwiedziliśmy osobiście, dlatego oczywiste jest, że nie jesteśmy w stanie opisać każdego portu, zatoki czy mariny. Miejsca warte uwagi, których nie udało nam się odwiedzić, zebraliśmy na końcu artykułu. Poniżej zamieszczamy mapkę z miejscami, które opisaliśmy w tym artykule.

Najlepsze źródła wiedzy o żeglowaniu po Norwegii

Przy planowaniu rejsu korzystaliśmy z popularnych aplikacji żeglarskich, locji oraz przede wszystkim z fantastycznej publikacji Norwegian Cruising Guide. W 2026 roku wydawnictwo zostało przejęte przez nowych właścicieli – załogę Sailing Polaris, która od lat pływa po norweskim wybrzeżu. Jestem przekonana, że pod ich opieką Norwegian Cruising Guide będzie jeszcze lepszym źródłem wiedzy niż dotychczas.

Jak płacić za mariny w Norwegii?

Opłaty za postój przy pomostach najczęściej można było regulować za pomocą lokalnej aplikacji. Wymagała ona jednak aktywacji przy użyciu norweskiego numeru identyfikacyjnego, co w praktyce uniemożliwiało korzystanie z nich zagranicznym gościom. Zdarzało się, że dostępna była płatność przez PayPal, jednak równie często konieczne było znalezienie alternatywnego rozwiązania. Często płatność robiliśmy w lokalnym sklepie, gdzie obsługa robiła opłatę za pośrednictwem swojej aplikacji.

Rejs z Szetlandów do Norwegii

Port of Entry

Z północnego krańca Szetlandów, gdzie wówczas się znajdowaliśmy, do wejścia do fiordu mieliśmy około 190 mil morskich.

Mimo że przypływaliśmy z Wielkiej Brytanii, potwierdziliśmy z lokalną policją, że nie jest wymagane lądowanie w porcie granicznym (Port of Entry) w celu dokonania odprawy. Oboje posiadamy paszporty Unii Europejskiej, a jacht jest zarejestrowany w Polsce, dzięki czemu mogliśmy od razu skierować się do mniejszych miejscowości, bez konieczności zawijania do większego miasta i marnowania czasu na formalności.

Jeśli jednak potrzebujecie zatrzymać się w porcie granicznym, dobrym wyborem będzie Bergen lub położony głębiej w fjordzie Høyanger.

Trasa

Noc upłynęła nam na omijaniu licznych platform wietrniczych na Morzu Norweskim. Kilkukrotnie byliśmy wywoływani przez radio z prośbą o zachowanie większej odległości od instalacji, niż wynikałoby to z obowiązujących przepisów, co zmuszało nas do nadkładania drogi.

Wypływając z Szetlandów praktykuje się zgłaszanie swojego planu rejsu do Shetland Coastguard na kanale 16. Dzięki temu straż przybrzeżna posiada wszystkie informacje i monitoruje trasę jachtu, a co za tym idzie, może szybko zareagować w razie problemów.

Kiedy następnego dnia na horyzoncie zaczęło wyłaniać się wybrzeże Norwegii i pojawiły się charakterystyczne, skaliste masywy górskie, wiedzieliśmy już, że decyzja o skierowaniu się właśnie tutaj była strzałem w dziesiątkę.



Sognefjorden - Informacje Ogólne

Sognefjorden to najdłuższy fiord Norwegii i Europyoraz drugi pod względem długości fiord na świecie. Wcina się w ląd na blisko 80 mil morskich, a jego liczne odnogi miejscami zwężają się do zaledwie 250 metrów szerokości. Nad granatowymi wodami, osiągającymi głębokość nawet 1300 metrów, wznoszą się pionowe ściany gór sięgające 1400 metrów wysokości. Tworzy to spektakularną scenerię, a żegluga w głąb fiordu jest jednym nieustającym zachwytem.

U wejścia do fiordu mijamy rozległy obszar szkierów zwany Sognesjøen. Można tu znaleźć wiele malowniczych kotwicowisk, jednak przy silnych wiatrach z zachodu i północnego zachodu akwen potrafi być bardzo niespokojny.



W samym fiordzie nie ma szczególnych przeszkód nawigacyjnych, jednak przy silniejszym wietrze, niezależnie od kierunku, należy spodziewać się szkwałów i wiatrów spadowych schodzących z gór. Równie częstym problemem bywa całkowity brak wiatru, dlatego sprawny silnik jest praktycznie niezbędnym elementem wyposażenia podczas żeglugi po norweskich fiordach.

Prądy pływowe w górę fiordu są praktycznie niezauważalne. W przeciwnym kierunku, szczególnie podczas pływów syzygijnych, prąd może osiągać prędkość nawet 2,5 węzła. Zjawisko to bywa dodatkowo wzmacniane wiosną i latem przez ogromne ilości słodkiej wody pochodzącej z topniejących lodowców i śniegów . Prądy są zazwyczaj silniejsze po północnej stronie fiordu.

Warto również pamiętać, że pomimo ogromnych głębokości na środku fiordu, większość pomostów gościnnych, marin i osad położona jest przy niewielkich deltach rzecznych lub wypłaszczeniach terenu u podnóża gór. To właśnie tam koncentruje się życie, a niemal każda miejscowość oferuje widoki, które same w sobie mogłyby być główną atrakcją całego rejsu.

Leirvik i Sogn

Naszym pierwszym miejscem postoju była niewielka osada Leirvik i Sogn, położona w odnodze głównego fiordu zwanej Bøfjorden. Miejsce to jest naturalnym portem. Doskonale osłonięte od wiatrów ze wszystkich kierunków, świetnie nadaje się do przeczekania gorszej pogody. Nie było to konieczne w naszym przypadku – prognozy na najbliższe dwa tygodnie wyglądały wręcz idealnie.

Cumowanie w Leirvik i Sogn

Na noc zatrzymaliśmy się przy pomoście gościnnym należącym do hotelu Leirvik Kro og Motell. Za jego pośrednictwem można również zorganizować dostęp do prądu, wody oraz tankowanie paliwa.

Choć był to dopiero pierwszy przystanek w Norwegii, już byliśmy zachwyceni. Miejsce wyglądało dokładnie tak, jak wyobrażaliśmy sobie norweskie porty – kilka kolorowych domków rozrzuconych na zboczu nad zatoką, krystalicznie czysta woda, cisza i górujące nad wszystkim górskie szczyty. Trudno było wymarzyć sobie lepsze powitanie.



Trasy Piesze z Leirvik i Sogn

Tym, czego brakowało nam w Leirvik, był łatwy dostęp do szlaków pieszych. Najciekawsze trasy w okolicy prowadzą na masyw Lihesten , jednak ich początki znajdują się kilka kilometrów od portu i dotarcie do nich wymaga marszu wzdłuż asfaltowych dróg, czego bardzo nie lubimy.

Prognozy nadal dawały jednak szansę na żeglugę kolejnego dnia, więc zamiast zakładać buty trekkingowe, postanowiliśmy ruszyć dalej w głąb fjordu.

Ortnevik

Czas przenieść się na południową stronę Sognefjorden. Na kolejny postój wybieramy Ortnevik– jeszcze mniejszą i jeszcze bardziej malowniczą wioskę, otoczoną stromymi zboczami gór.

Cumowanie w Ortnevik

Pomost, przy którym się zatrzymujemy, nie sprawia wrażenia szczególnie solidnego, ale prognozy nie zapowiadają silnych wiatrów. Miejsca wystarczyłoby tutaj najwyżej dla dwóch jachtów.

Podczas manewrów szybko okazuje się jednak, że największym wyzwaniem jest silny prąd rzeki uchodzącej do fiordu, odpychający od pomostu. Co ciekawe, w kolejnych dniach obserwujemy, jak wyraźnie zmienia się jego siła w zależności od pory dnia.



Cumy sprawdzamy kilka razy i zabezpieczamy na ewentualne przetarcia, ponieważ następnego dnia planujemy dwudniową wycieczkę w góry, a nasza Tranquility zostanie tutaj sama.

Resztę popołudnia i cały wieczór spędzamy w kokpicie. Widoki są tak spektakularne, że co chwilę łapiemy się na tym, że nie wiemy, w którą stronę patrzeć.



Szlak pieszy z Ortnevik do Solrenningen

Następnego dnia ruszamy na szlak prowadzący do Solrenningen. Plan jest prosty – dotrzeć do schroniska, spędzić tam noc i kolejnego dnia wrócić tą samą trasą na łódkę.

Jest 30 czerwca, a oficjalny sezon górski w Norwegii rozpoczyna się dopiero w lipcu. Zanim dotrzemy do głównego szlaku, idziemy mniej uczęszczaną odnogą. Już od pierwszych metrów zauważamy, że trasa jest słabo przedeptana i oznaczona. Ledwo widoczne ścieżki, za którymi próbujemy podążać, często nie pokrywają się z tym, co pokazują mapy. Torowanie sobie drogi przez zarośla i ciągłe poszukiwanie właściwego przebiegu trasy sprawiają, że poruszamy się znacznie wolniej, niż zakładaliśmy.

Wraz ze zdobywaną wysokością opuszczamy las i napotykamy pierwsze płaty śniegu. Początkowo wywołują dziecięcą radość. Nie mamy jeszcze pojęcia, ile problemów przysporzą nam tego dnia.



Powyżej granicy lasu krajobraz staje się bardziej surowy i skalisty. Łatwiej odnaleźć właściwy kierunek, ale teren pozostaje wymagający. Co chwilę przecinamy potoki i niewielkie rzeki, często przechodząc po śnieżnych mostach utworzonych nad płynącą wodą. Każde takie przejście dokładnie sprawdzamy, a niekiedy musimy nadrabiać drogi, szukając bezpieczniejszego miejsca.

Widoki są niesamowite. W tych nielicznych chwilach, gdy nie jesteśmy całkowicie skupieni na tym, gdzie postawić stopę, podziwiamy otaczający nas krajobraz. Niewielkie, intensywnie błękitne jeziorka powstałe z topniejącego śniegu wyglądają jednocześnie magicznie i nieco niepokojąco.



Czas zaczyna nas jednak gonić. Trasa zajmuje znacznie więcej czasu, niż przewidywaliśmy. Na szczęście docieramy do skrzyżowania z głównym szlakiem, gdzie oznaczenia stają się wyraźniejsze, a nawigacja znacznie łatwiejsza.

Przechodzimy na drugą stronę gór i z ostatniego grzbietu dostrzegamy w końcu nasze schronisko.

Pozostaje już tylko zejście w dolinę. Szlak prowadzi jednak przez podmokły teren, a kolejne kroki oznaczają coraz więcej wody w butach. Gdy docieramy na miejsce, jesteśmy całkowicie przemoczeni.

Zaczyna padać deszcz.

Schronisko DNT Solrenningen

Norweskie góry usiane są gęstą siecią schronisk prowadzonych przez DNT (Den Norske Turistforening) – Norweskie Stowarzyszenie Trekkingowe. Część z nich jest ogólnodostępna, do innych dostęp mają wyłącznie członkowie organizacji posiadający odpowiedni klucz. Schroniska różnią się również standardem – od bardzo prostych chat bez obsługi po obiekty oferujące komfortowe warunki noclegowe.



Solrenningen, do którego dotarliśmy, należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Oprócz w pełni wyposażonej kuchni znajduje się tu również niewielki sklepik z podstawowymi produktami spożywczymi. Zakupy rozlicza się samodzielnie za pomocą aplikacji, podobnie jak opłatę za nocleg. W pokojach czeka pościel, jednak obowiązkowe jest korzystanie z własnego śpiwora lub wkładki do śpiwora.

Warunki są proste, ale bardzo komfortowe jak na tak odległe miejsce. Toaleta znajduje się w osobnym budynku na zewnątrz, wodę pobiera się z pobliskiego ujęcia, a elektryczności nie ma. Dostępne jest natomiast drewno opałowe, więc naszym pierwszym zadaniem po przybyciu jest rozpalenie kozy i próba wysuszenia przemoczonego sprzętu oraz rozgrzania się po całym dniu marszu.



Mimo że była to dość trudna wędrówka, byliśmy zachwyceni. Dotarliśmy do miejsca położonego pośrodku norweskiej dziczy, otoczonego górami i całkowicie pozbawionego cywilizacyjnego zgiełku. Przez kilka godzin mieliśmy schronisko wyłącznie dla siebie.



Dopiero wieczorem dotarły dwie wolontariuszki, które przyjechały przeprowadzić coroczne przygotowania schroniska do sezonu. Dzięki nim dowiedzieliśmy się sporo o funkcjonowaniu sieci DNT oraz o tym, jak wiele pracy wymaga utrzymanie takich miejsc w tak odległych zakątkach Norwegii.

Wieczór spędzamy przy gorącej herbacie i liofilizowanym obiedzie, zawinięci w śpiwory. Siedząc w ciepłym schronisku, jesteśmy zgodni, że nie zamienilibyśmy tej prostej chaty na żaden pięciogwiazdkowy hotel.

Za oknem, zgodnie z prognozą, pada lekki deszcz. Rano ma się rozpogodzić.

Powrót do Ortnevik

Po przebudzeniu szybko zauważamy, że deszcz nie tylko nie ustąpił, ale wręcz przybrał na sile. Czekamy. Mijają kolejne minuty, potem godziny, a za oknem nadal szaro i mokro. Rozważamy alternatywne trasy powrotu na łódkę, ale żadna z nich nie wydaje się rozsądnym rozwiązaniem. Musimy wrócić tą samą drogą, którą przyszliśmy, i zrobić to przed zmrokiem.

W końcu nie możemy czekać dłużej. Deszcz nadal pada, ale ruszamy. Przez noc nasze rzeczy zdążyły wyschnąć, jednak już po kilku krokach po nasiąkniętym wodą szlaku wszystko wraca do normy. W butach ponownie chlupocze woda. Pogoda jest wyraźnie gorsza, niż zapowiadały prognozy, choć opady stopniowo słabną. Nawigacyjnie jest nieco łatwiej, bo pamiętamy już przebieg trasy. Szybko okazuje się jednak, że czekają nas nowe problemy.

Grube śnieżne mosty, po których dzień wcześniej bezpiecznie przekraczaliśmy potoki i rzeki, zostały częściowo roztopione przez całonocny deszcz. Po intensywnych opadach oraz wzmożonym topnieniu śniegu, znacząco podniósł się także poziom rzek oraz usilił się ich nurt.

Ponownie zaczynamy więc szukać obejść i bezpieczniejszych przejść. Czas ucieka. Kilkukrotnie, nie widząc innego rozwiązania, spędzamy długie minuty, wrzucając do rzek kamienie i budując prowizoryczne przeprawy. To jednak prawdziwa syzyfowa praca – wiele głazów, które z trudem udaje nam się przesunąć, po chwili znika porwane przez nurt. Walka z naturą trwa..

Dopiero po południu zza chmur wychodzi słońce. W tym czasie znajdujemy się już w bezpieczniejszym terenie i stopniowo schodzimy poniżej skalistych partii gór, z powrotem do lasu. Jeszcze jedno bardzo strome zejście i będziemy w wiosce.

Paradoksalnie ostatnie trzy kilometry asfaltowej drogi okazują się jednymi z najmniej przyjemnych. Nasze stopy mają za sobą dwa dni marszu w przemoczonych butach i każdy krok zaczyna dawać się we znaki.



Trudny Szlak

Była to jedna z najtrudniejszych, a być może najtrudniejszagórska wycieczka w naszym życiu. Wymagająca zarówno pod względem nawigacyjnym, pogodowym jak i technicznym. Choć regularnie chodzimy po górach, również zimą, a śnieg na szlaku nie jest dla nas niczym nowym, Norwegia przypomniała nam, że nawet doświadczeni turyści muszą podchodzić do jej gór z ogromną pokorą.

Czerwiec w norweskich górach to wciąż zima, szczególnie w wyższych partiach. Nam udało się przejść tę trasę bezpiecznie, co przypisujemy przede wszystkim odpowiedniemu przygotowaniu i doświadczeniu. Nie polecalibyśmy jej jednak początkującym piechurom ani osobom bez doświadczenia w poruszaniu się po śniegu i w trudnym terenie. To naprawdę wymagający szlak.

W nagrodę czekał na nas widok Tranquility, która bezpiecznie przetrwała dwie doby bez załogi przy pomoście w Ortnevik. Po trudach ostatnich dni sam widok naszej łódki wywołuje ogromną ulgę.

Zmęczenie daje się nam jednak mocno we znaki, dlatego postanawiamy zostać tutaj jeszcze jeden dzień, odpocząć i nacieszyć się spokojem tej niewielkiej osady.

Balestrand i Esefjorden

Po krótkim odpoczynku czas ruszać dalej w górę fiordu. Ponownie przepływamy na jego północną stronę i kierujemy się do Balestrand– niewielkiej miejscowości położonej u wejścia do Esefjorden, jednej z najbardziej malowniczych odnóg Sognefjorden.



Cumowanie w Balestrand

Według przewodników można tutaj zacumować przy pomoście dla gości znajdującym się obok nabrzeża promowego. Po rekonesansie rezygnujemy jednak z tej opcji. Pomost nie wygląda zbyt zachęcająco, a niewielka marina jest zdecydowanie za mała dla naszego jachtu. Warto również pamiętać, że przy wiatrach ze wschodu postój w tym miejscu może być niebezpieczny.

Kotwiczenie w Esefjorden

Naszym zdaniem znacznie lepszym rozwiązaniem jest zakotwiczenie trochę dalej w głąb Esefjorden. Na kilkunastu metrach głębokości można znaleźć dobre miejsce do rzucenia kotwicy, zwracając uwagę na zaznaczone na mapach kable biegnące po dnie.

Nie muszę chyba dodawać, że jest to kolejne miejsce jeszcze bardziej spektakularne od poprzedniego. Kotwicowisko w Esefjorden bez wahania trafia do naszego osobistego TOP 3 Kotwicowisk , jakie odwiedziliśmy na Tranquility. Co więcej, jest to jedna z nielicznych okazji do kotwiczenia w rejonie całego Sognefjorden. Większość fiordu otaczają pionowe ściany gór opadające niemal prosto do wody, gdzie głębokości szybko osiągają setki metrów, a miejsc nadających się do rzucenia kotwicy jest bardzo niewiele.



Co zobaczyć w Balestrand?

Balestrand zasługuje na zatrzymanie się na kilka godzin. Miejscowość od końca XIX wieku była popularnym celem podróży europejskiej arystokracji i artystów. Nad samym brzegiem fiordu stoi zabytkowy Kviknes Hotel, jeden z najbardziej znanych historycznych hoteli Norwegii. Od końca XIX wieku przyciągał europejską arystokrację, artystów i polityków. Jego najsłynniejszym gościem był cesarz Niemiec Wilhelm II, który przebywał tutaj latem 1914 roku i właśnie w Balestrand dowiedział się o wybuchu I wojny światowej. W hotelu do dziś można zobaczyć krzesło , na którym siedział, gdy dotarła do niego ta wiadomość.



Spacerując po miejscowości trudno również przeoczyć anglikański kościół St. Olaf’s Church, zbudowany pod koniec XIX wieku dla brytyjskich turystów odwiedzających Sognefjorden. Do dziś należy on do… Diecezji Gibraltaru!

Balestrand jest również bardzo wygodnym miejscem do uzupełnienia zapasów. Znajdziemy tu dobrze zaopatrzone sklepy i kilka restauracji.

Szlak na Keipen

To właśnie stąd planowaliśmy wyruszyć na szlak prowadzący na Keipen (938 m n.p.m.) – jeden z najlepszych punktów widokowych nad Sognefjorden. Po naszej ostatniej przygodzie w górach podeszliśmy jednak do tego pomysłu znacznie bardziej ostrożnie. Szczyt jest wyższy, podejście bardziej strome, a w wyższych partiach nadal zalegało bardzo dużo śniegu.

Po analizie warunków uznaliśmy, że jest jeszcze zbyt wcześnie w sezoniena ten szlak. Bezpieczne wejście wymagałoby pełnego zimowego wyposażenia, w tym raków i czekana, więc tym razem postanowiliśmy odpuścić.

Żegluga Fjaerlandsfjorden

Przed nami najbardziej wyczekiwany etap naszego norweskiego rejsu. Kierujemy się w stronę jednego z najpiękniejszych odgałęzień Sognefjorden – Fjaerlandsfjorden. Ten długi i coraz bardziej zwężający się fiord prowadzi do niewielkiej osady Fjaerland, znanej również pod nazwą Mundal, która stanie się najbardziej na północ wysuniętym punktem naszej podróży w sezonie 2025..

Już przy wejściu do fiordu dostrzegamy pierwsze jęzory lodowca schodzące pomiędzy górskie zbocza. Z każdym przebytym kilometrem krajobraz staje się coraz bardziej magiczny. Strome ściany gór zbliżają się do siebie, a widok lodowca, który początkowo majaczy jedynie na horyzoncie, będzie towarzyszył nam przez cały pobyt w tym niezwykłym miejscu.



Żeglując w górę Fjaerlandsfjorden, warto pamiętać, że przy silnych wiatrach z północnego zachodu mogą występować tutaj bardzo intensywne wiatry spadowe.

Fjaerland – Norweskie Miasto Książek

Na noc zatrzymujemy się przy pływającym pomoście gościnnym, przy którym zmieszczą się maksymalnie cztery jachty. Alternatywnie można stanąć przy nabrzeżu, jednak nie mając pewności co do głębokości, wybieramy pomost.



Jest spektakularnie.

Znowu.

Fjaerland znane jest jako Norway’s Book Townnorweskie miasteczko książek. Wzdłuż jego głównej ulicy znajduje się kilka doskonale zaopatrzonych antykwariatów, w których można znaleźć tysiące używanych książek z niemal każdej dziedziny i w wielu językach. Oczywiście zaglądamy również na polską półkę. Niestety, znajdujemy tam głównie wątpliwej jakości harlequiny, które lata temu były dodawane jako gratisy do kobiecych czasopism.

Ale nie po książki tutaj przypłynęliśmy.



Hike na Lodowiec Jostedalsbreen

Głównym celem naszego postoju w Mundal jest trekking do widocznego z miasteczka lodowca Jostedalsbreen. Zanim jednak wejdziemy na szlak, czeka nas ponad siedem kilometrów marszu wzdłuż drogi, aby dotrzeć do jego początku. Wierzymy, że będzie warto.

Wspinaczkę rozpoczynamy stromą ścieżką prowadzącą przez las. Na dystansie zaledwie 5 kilometrów czeka nas około 1000 metrów przewyższenia. Nic dziwnego – norweskie góry wyrastają niemal pionowo z poziomu fiordu.



Po drodze przekraczamy górskie potoki i stopniowo wychodzimy ponad granicę lasu. Krajobraz zmienia się z soczyście zielonego w surowy, skalisty świat. Miejscami oznaczenia nie są oczywiste i zdarza nam się szukać właściwego przebiegu szlaku.

Na pewnym etapie trasa rozdziela się na pętlę. Wybieramy wariant zgodny z ruchem wskazówek zegara i okazuje się to świetną decyzją. Droga mija nam szybko w towarzystwie napotkanej grupy Greków z greckiego klubu górskiego.

Oficjalny szlak kończy się przy niewielkiej chatce stojącej tuż przed moreną lodowca. Warto jednak pójść kawałek dalej. Schodzimy nad niewielkie jezioro polodowcowe, wspinamy się na morenęi przechodzimy jej granią, skąd rozciąga się fantastyczny widok na czoło lodowca.



Jostedalsbreen robi ogromne wrażenie. Nie tylko wygląda imponująco – od czasu do czasu ciszę przerywa głośny huk cielenia się lodowca.

Ta sceneria jest jeszcze bardziej niezwykła, gdy odwracamy się w przeciwną stronę. Za plecami mamy surowy, niemal arktyczny krajobraz, a przed sobą soczyście zielone lasy opadające aż do błękitnych wód fiordu. Trudno o większy kontrast.



Przystankom, zdjęciom i kolejnym zachwytom znowu nie ma końca.

Na dół schodzimy drugą częścią pętli, dzięki czemu za niemal każdym zakrętem czekają na nas nowe widoki. Po dotarciu do rozwidlenia wracamy już znaną drogą do szosy. Niestety, ponownie czeka nas ponad siedem kilometrów marszu asfaltem do miasteczka.

Próbujemy łapać stopa, jednak Norwegowie nie są tak skorzy do zabierania wędrowców jak mieszkańcy Szetlandów, którzy często zatrzymywali się, nawet gdy wcale o to nie prosiliśmy.

Wykończeni wracamy na Tranquility. Tego dnia pokonaliśmy około 25 kilometrów – 10 kilometrów górskiego szlaku i aż 15 kilometrów asfaltowej drogi.

Ale wiecie co?

Było warto.

Nam nie udało się z tego skorzystać, ale podobno w Fjaerland można wypożyczyć rowery. To zdecydowanie najlepsza alternatywa dla długiego marszu do początku szlaku i z powrotem.

Pływająca Sauna

A jak najlepiej odpocząć po takim dniu?

Oczywiście w pływającej sauniezacumowanej przy pomoście, zaledwie kilkadziesiąt metrów od naszej łódki.

Saunę rezerwuje się na konkretną godzinę, a wszystkie instrukcje korzystania znajdują się przy wejściu. Wygrzewamy się z widokiem na Tranquility i lodowiec Jostedalsbreen, z którego właśnie zeszliśmy.

Jest idealnie.



Nie chce nam się opuszczać tego miejsca. Może dlatego, że jest tak spektakularne. Może dlatego, że tuż obok naszej łódki zacumowana jest pływająca sauna. A może po prostu dlatego, że od tej chwili musimy przyzwyczaić się do myśli, że zawracamy.

W tym roku nie popłyniemy już dalej na północ.



Vikøyri

Cumowanie w Vikøyri

Naszym ostatnim przystankiem w Sognefjorden jest Vikøyri, gdzie znajduje się duża, jak na ten rejon Norwegii, marina . Cumujemy longside po wewnętrznej stronie falochronu. Na miejscu dostępne są prąd i woda.

Miasteczko sprawia wrażenie niemal wymarłego, ale nam zupełnie to nie przeszkadza. Od czasu do czasu zawijają tutaj duże statki wycieczkowe i wtedy zapewne robi się znacznie tłoczniej. My zdecydowanie wolimy tę spokojniejszą odsłonę Vikøyri. Z mariny doskonale widać wodospady spływające ze stromych gór otaczających fiord.

Vikøyri jest również dobrym miejscem na uzupełnienie zapasów przed dalszą podróżą, co oczywiście wykorzystujemy.

Hopperstad Stave Church

Wybieramy się na krótki spacer do Hopperstad Stave Church– jednego z najstarszych i najlepiej zachowanych kościołów klepkowych w Norwegii. Powstał około 1130 roku i jest doskonałym przykładem średniowiecznej skandynawskiej architektury drewnianej. Charakterystyczne, wielopoziomowe dachy i misternie rzeźbione smocze głowy sprawiają, że wygląda bardziej jak budowla z nordyckich sag niż chrześcijańska świątynia.



Opuszczamy Norwegię

Choć moglibyśmy zostać w Norwegii jeszcze kilka dni, na horyzoncie pojawia się idealne okno pogodowe na powrót na Szetlandy. Takiej okazji nie można zmarnować.

Wychodzimy w morze prosto z Vikøyri, dzięki czemu pierwsze 60 mil naszego rejsu prowadzi jeszcze wodami Sognefjorden. Mijając szkiery, podziwiamy przepływający obok żaglowiec, zgłaszamy się do straży przybrzeżnej, a przed nami znowu rozpościera się Morze Norweskie.

Czas wracać.



Miejsca, których nie odwiedziliśmy

Jak to w żeglarstwie bywa, nie udało nam się odwiedzić wszystkich miejsc, które mieliśmy na liście. Nie dotarliśmy do Flåm– najbardziej turystycznej miejscowości nad fiordem, do której bardzo często zawijają ogromne statki wycieczkowe. I być może dobrze się stało, bo mogłoby to nieco zburzyć nasze wyobrażenie o dzikim charakterze tego regionu.

Żałujemy natomiast, że nie popłynęliśmy do Nærøyfjorden– bardzo wąskiej odnogi Sognefjorden, uznawanej za jeden z najpiękniejszych fiordów Norwegii i wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Przy niewielkim pomoście w Bakkamożna zacumować i również skorzystać z pływającej sauny. W samym fiordzie znajdują się miejsca do kotwiczenia. Miejscowość Bjordal również wydawała się dobrym punktem wypadowym na górskie szlaki.

Ale cóż – zawsze powtarzamy, że lepiej wyjechać z niedosytem niż z przesytem. Chociaż w przypadku Norwegii chyba trudno byłoby osiągnąć to drugie.

Żegluga Sognefjord - Podsumowanie

Każdy żeglarz ma na swojej osobistej mapie świata miejsca, do których myślami wraca przez całe życie. Dla nas ten krótki wyskok z Szetlandów do Norwegii bez wątpienia będzie jednym z nich.



Wracamy wspomnieniami do niewielkich pomostów w osadach, o których większość świata nigdy nie słyszała, zwłaszcza wtedy, gdy bezskutecznie szukamy miejsca w zatłoczonej marinie. Myślimy o pustych górskich szlakach, kiedy w innych częściach świata przeciskamy się przez tłumy turystów.

I z każdym miesiącem, który mija od opuszczenia Norwegii, coraz bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że kiedyś tam wrócimy.

Tym razem na dłużej.


Jeśli spodobał Ci się ten post i uważasz, że był dla Ciebie wartościowy,
może postawisz nam kawę? :)

Podobne posty

The plan for the 2025 season looked simple on paper – reach Norway. In reality, though, it was going to be quite a challenge. We started the season in southern Spain, and the first part of the route meant sailing straight into the prevailing north-westerly winds […]
Malo 39 with unstepped mast in Almerimar
Sezon już w pełni, więc najwyższa pora podsumować zimę! Dotychczas każda zima na jachcie była dla nas okresem intensywnych prac i modernizacji, które kolejno realizowaliśmy w Prevezie w Grecji oraz dwukrotnie [...]

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *