Witajcie! Z niewielkim opóźnieniem — bo mamy już luty 2026 — przyszedł w końcu czas na podsumowanie minionego sezonu. Był to trzeci rok, który spędziliśmy na naszym jachcie Tranquility, żeglując na pełny etat.

Jaki był sezon 2025?

Sezon 2025 był wyjątkowy pod każdym względem — zdecydowanie najlepszy z dotychczasowych. Trudno, jak w poprzednich latach, wybrać te najpiękniejsze momenty i te trudniejsze, uporządkować je i opisać, bo mamy poczucie, że właściwie każdy dzień tego roku był wart zapamiętania. Spełniliśmy wiele podróżniczych i żeglarskich marzeń, dotarliśmy na nowe akweny, odkryliśmy nieznane miejsca, a także wróciliśmy do tych, które już znamy i w których czujemy się jak u siebie. Oczywiście zdarzały się też trudniejsze chwile na morzu, ale była to niewielka cena za wszystko, czego doświadczyliśmy dzięki tej podróży.



n this summary, we won’t — as we did in similar posts in 2023 and 2024 — list individual places or events. This time, we’ll simply opowiemy o naszej podróży . Zapraszamy do lektury części pierwszej, “Tam”, w której zabierzemy Was z Hiszpanii do najdalej wysuniętego na północ punktu naszej trasy.

Podsumowanie Poprzednich Lat

A tych z Was, którzy chcieliby wrócić do naszych poprzednich lat spędzonych na jachcie, zapraszamy tutaj:

Rejs dookoła Europy - refleksje z 2023 roku
2024 na Morzu Śródziemnym - podsumowanie kolejnego roku na jachcie

Co zaplanowaliśmy na 2025?

W 2025 roku zaplanowaliśmy rejs na północ. "Północ" to oczywiście bardzo szerokie pojęcie, ale celowo nie przywiązywaliśmy się do konkretnego celu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że trasa z południa Hiszpanii w chłodniejsze rejony i z powrotem jest długa, wymagająca i w dużej mierze uzależniona od kapryśnej pogody.
Wiedzieliśmy, że w najbardziej optymistycznym wariancie moglibyśmy dotrzeć aż na Lofoty w Norwegii, jednak staraliśmy się na tym nie skupiać — przede wszystkim po to, by uniknąć rozczarowania, gdyby ostatecznie nie udało się osiągnąć tego celu.
Po powrocie z Polski, gdzie spędziliśmy zimę, maksymalnie przyspieszyliśmy prace zaplanowane w hiszpańskim Almerimar , żeby jak najszybciej być gotowymi do drogi.

Gibraltar — Początek Drogi

6 marca opuściliśmy marinę i w warunkach wczesnowiosennej, niestabilnej pogody powoli przesuwaliśmy się na zachód, a następnie na północ. Po drodze odwiedziliśmy typowe dla tej trasy porty — Gibraltar i Barbate. Tym razem jednak, po wielu wcześniejszych wizytach na Gibraltarze, w końcu udało nam się naprawdę go zwiedzić. Wcześniej zawsze byliśmy tu tylko przelotem, a odkrywanie tego miejsca odkładaliśmy na „następny raz”.

Dotarliśmy więc na Europa Point— to najbardziej na południe wysunięty przylądek Gibraltaru, skąd rozpościera się widok na Afrykę i ruch w cieśninie. Weszliśmy na Skałę Gibraltaru, zwiedziliśmy jaskinie oraz konstrukcje z czasów II wojny światowej, a także obserwowaliśmy przeurocze makaki. Gibraltar to jedyne miejsce w Europie, gdzie w naturalnym środowisku można spotkać małpy! O Gibraltarze z pewnością powstanie osobny wpis, w którym podzielimy się z Wami naszymi rekomendacjami, kiedy będziecie tam podróżować - czy to jachtem czy lądowo.



Orki Atakujące Jachty

Na trasie z Gibraltaru na północ powrócił stary, lecz wciąż aktualny problem tego rejonu — orki atakujące jachty. Jak wielokrotnie wspominaliśmy na blogu i w naszych mediach społecznościowych, unikanie tych zwierząt oznacza żeglugę wolniejszą i zdecydowanie mniej komfortową: po płytszych wodach i znacznie bliżej brzegu, niż zwykle planujemy. Unikaliśmy też nocnych przelotów.

Nasza trasa na północ wymagała dwukrotnego przejścia przez obszar zagrożony takimi incydentami. Czy i tym razem udało się pokonać ten odcinek bezpiecznie? O tym opowiadamy w najpopularniejszym wpisie na naszym blogu — Rejs przez terytorium orek: Jak unikać ataków? — i właśnie tam zapraszamy po szczegóły.

Dalsza droga na północ upłynęła pod znakiem walki z północnymi wiatrami, które wiosną dominują wzdłuż wybrzeży Hiszpanii i Portugalii. O dobre okna pogodowe nie było łatwo, ale pod koniec marca zameldowaliśmy się w Cascais, a na początku kwietnia — w ukochanym Porto. Tam na dłużej zatrzymały nas sprawy „lądowe” i dwie wizyty w Polsce, przez co w Marina Leixõesspędziliśmy prawie miesiąc. A że Porto darzymy ogromnym sentymentem (co pewnie już wiecie, jeśli nas śledzicie), ten przymusowy postój był całkiem przyjemny.



Zatoka Biskajska

Niespodziewany Odwrót

Gdy w końcu ruszyliśmy dalej, kolejnym — jak zwykle na tej trasie — przystankiem była A Coruña i okoliczne kotwicowiska, gdzie czekaliśmy na okno pogodowe do przekroczenia Biskajów. Pierwsze pojawiło się dość szybko. Jednak po wyjściu w morze zobaczyliśmy, że warunki pogodowe pogarszają się znacznie bardziej niż nawet najbardziej pesymistyczne prognozy. Z wiatrem w dziób i rosnącą falą walczyliśmy przez pewien czas, lecz niska prędkość postępowa i perspektywa kolejnych dwóch dób w takich i pewnie jeszcze gorszych warunkach skłoniły nas do odwrotu i przeczekania na lepszą pogodę. Późniejsze rozmowy z załogami, które jednak zdecydowały się kontynuować rejs utwierdziły nas w przekonaniu, że nasza decyzja była najlepszą z możliwych.

Druga Próba

Przez kilka dni czekaliśmy na poprawę prognoz na kotwicowisku w pobliżu Ferrol. Gdy wreszcie się poprawiły, podjęliśmy kolejną próbę przejścia Biskajów. Opuszczając kotwicowisko nie odstępował nas przyjazny delfin, który był wyraźnie zainteresowany podnoszoną kotwicą. Przez dobre kilkanaście minut krążył wokół jachtu, przepływał pod kadłubem i… obserwował wciągany na pokład łańcuch. Na Biskajach tym razem również nie było łatwo, ale zdecydowanie lepiej niż poprzednio — najwyraźniej mamy z tą zatoką tak, że zawsze daje nam w kość. Zresztą o tym, dlaczego na Biskajach bywa trudno, pisaliśmy już tutaj.

Awaria na Biskajach

Drugiego dnia zepsuł się autopilot, co znacząco zwiększyło liczbę obowiązków na pokładzie — jedna osoba musiała stale sterować ręcznie. Szybko zmieniliśmy więc rytm wacht i codzienne funkcjonowanie na łódce, dostosowując się do nowej sytuacji, i choć bardziej zmęczeni, kontynuowaliśmy rejs.

Asysta Innemu Jachtowi

Przed zachodem słońca czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Zostaliśmy poproszeni o pomoc innemu polskiemu jachtowi z problemem silnikowym. Zeszliśmy z kursu, by asystować w rozwiązaniu usterki. Dzięki naszej komunikacji Starlink, załoga mogła połączyć się na wideo z mechanikiem i uporać się z awarią. Przed nocą wróciliśmy na swoją trasę, a kolejna noc i dzień minęły już spokojnie. Następnego popołudnia stanęliśmy na kotwicy w pobliżu francuskiego Brestu, mając za sobą 360 mil rejsu przez Zatokę Biskajską.



Brest, Francja

Les Ducs d’Albe

Wpływając na kotwicowisko, bardzo ciekawe wydały nam się ogromne betonowe bloki znajdujące się w zatoce. W Internecie znaleźliśmy informacje, że okolice Brestu w czasie II Wojny Światowej były intensywnie rozbudowywane przez Niemców jako zaplecze ich floty. Okazało się, że właśnie mijamy miejsce, gdzie miał cumować pancernik Bismarck, jeden z największych okrętów wojennych swojej epoki.



Jednak konstrukcja tych ogromnych polerów uruchomiła lawinę podejrzeń, a szpiedzy donieśli aliantom, że zapewne w okolicach Brestu spodziewany jest jakiś duży statek, skoro przygotowywane są tak ogromne konstrukcje. Alianci wzmożyli więc patrole wzdłuż francuskiego wybrzeża co zaskutkowało wytropieniem i zatopieniem okrętu Bismarck , kiedy płynął, zgodnie z podejrzeniami, do Brestu. Nigdy przy tych betonowych blokach nie zakotwiczył. Załoga samolotu, która go wypatrzyła, została relokowana na Morze Północne w celu tropienia drugiego niemieckiego okrętu- Tirpitz. A z ich losami zetkniemy się jeszcze raz w tym sezonie.

Po krótkim odpoczynku na kotwicy przestawiliśmy się do mariny Moulin Blanc, położonej nieco dalej od centrum Brestu niż Marina du Château. To właśnie tutaj znaleźliśmy jednak lepsze zaplecze sklepów technicznych, których potrzebowaliśmy do naprawy autopilota. Po rozebraniu jego ramienia szybko odkryliśmy przyczynę awarii — całkowicie zużyte szczotki w silniku elektrycznym.



Naprawa Autopilota

Niestety, okolice majowego długiego weekendu we Francji oznaczają niemal dwa tygodnie przestoju, więc zamawianie części nie wchodziło w grę. Sytuację uratowała wizyta w sklepie z elektronarzędziami i życzliwy Francuz, który dopasował nam nowe szczotki na wymiar, przerabiając te od wiertarki Bosch . Problem rozwiązany!

Zwiedzanie Brestu

Przed dalszą drogą zdążyliśmy jeszcze zwiedzić Brest — jedną z głównych baz przygotowań olimpijskich francuskich żeglarzy oraz miejsce, w którym często kończą swoje trasy załogi walczące o Puchar Juliusza Verne’a, czyli nagrodę za opłynięcie świata w najkrótszym czasie. Już na pierwszy rzut oka widać tu, jak silne tradycje żeglarskie ma ten region — na wodzie panuje nieustanny ruch, głównie szkoleniowy i treningowy.

W Breście zwiedzamy, oczywiście, Muzeum Morskie - Musée National de la Marine oraz podziwiamy ogromną Base Navale de Brest. To jedna z najważniejszych instalacji wojskowo-morskich Francji — ogromny kompleks portowy, stoczniowy i logistyczny, należący do francuskiej marynarki.



Île d’Ouessant

Nadal przeważające północne wiatry nie dawały nadziei na szybki skok dalej na północ. Ponieważ miejskiej atmosfery mieliśmy już dość, postanowiliśmy odbić na zachód i odwiedzić mniej uczęszczaną wyspę Île d’Ouessant u wybrzeży Bretanii. Trasa prowadziła w poprzek silnych prądów opływających archipelag, minęliśmy słynną latarnię Le Jument , a następnie stanęliśmy na kotwicy przy sielskim Lampaul. Wyspa bardzo nas urzekła — do tego stopnia, że poświęciliśmy jej osobny wpis na blogu.



Milford Haven, Walia

Monitorując prognozy, wciąż nie wiedzieliśmy, gdzie wypadnie nasz kolejny przystanek. Plan minimum zakładał skok na Isles of Scilly na przedłużeniu Kornwalii, maksimum — długi przelot aż na Wyspę Man. Ostatecznie wylądowaliśmy gdzieś pośrodku — w Milford Haven w Walii.

Powiedzieć, że ani miasto, ani zatoka nie należą do urokliwych, to właściwie nic nie powiedzieć. Ogromny gazoport, instalacje przeładunkowe, ruch gazowców i wszechobecny hałas sprawiają, że nie jest to miejsce, które polecalibyśmy odwiedzać dla przyjemności. Trzeba jednak przyznać, że sama zatoka, marina i kotwicowiska stanowią jedno z nielicznych naprawdę dobrych schronień wzdłuż walijskiego wybrzeża.

Przez kolejny tydzień próbowaliśmy powoli przebijać się dalej na północ. Oprócz pogody głównym wyzwaniem były prądy — wpasowanie się w nie bywało prawdziwą łamigłówką. Zdarzało się, że jeden dzień dzieliliśmy na dwa krótsze odcinki, bo w niektórych miejscach walka pod prąd zwyczajnie nie była możliwa. Jeśli tylko warunki na to pozwalają, zdecydowanie polecamy pokonać ten fragment jednym skokiem i dopiero potem zatrzymać się na Wyspie Man. Walijskie wybrzeże nie należy do szczególnie atrakcyjnych żeglarsko, a dzielone na krótsze etapy potrafi przysporzyć sporo komplikacji nawigacyjnych.



Na szczęście w tym wymagającym planistycznie odcinku ogromnej radości dostarczyli nam nowi morscy towarzysze — pierwsze maskonury , które zaczęły pojawiać się wokół łódki.



Wyspa Man

Po tygodniu nierównej walki z przeciwnym wiatrem i prądami dotarliśmy na Wyspę Man. Stanęliśmy na kotwicy przed Douglas, ponieważ wejście do mariny było możliwe tylko przy wysokiej wodzie. Ze względu na pływy specjalna zapora otwiera się tam tylko dwa razy na dobę, w wyznaczonych godzinach. Na wyspie spędzamy trzy dni, dokładnie ją zwiedzając, a pełną relację z pobytu wraz z informacjami żeglarskimi znajdziecie tutaj.



Szkocja

Kierunek: Szkocja. Zbliżający się sztorm sprawia, że pokonujemy 40 mil morskich w stronę Loch Ryan na zachodnim wybrzeżu, by znaleźć bezpieczne schronienie. Spędzamy tam kilka dni — ta doskonale osłonięta od fali zatoka zapewnia spokojny i pewny postój.

Arran

Gdy sztorm wreszcie przechodzi, obieramy kurs na pierwszą szkocką wyspę — Arran. Cumujemy do darmowej boi przy głównej wiosce, bo wyspa nie posiada nabrzeża dla jachtów. Od pierwszych chwil zachwycają nas tutejsze krajobrazy, nie spodziewając się jeszcze, że im głębiej zanurzymy się w Szkocję, tym piękniej będzie wokół.

Arran bywa nazywana „Szkocją w pigułce” , bo ma w sobie wszystko, co w tym kraju najpiękniejsze — spektakularne góry, klify, zielone doliny, owce, morze i ciszę. Zdobywamy najwyższy szczyt wyspy - Goatfell, wędrujemy dolinami i chłoniemy niezwykły klimat.



Kanał Crinan

Z Arran ruszamy prosto do wejścia pierwszego z dwóch kanałów, które planujemy pokonać w tym sezonie. Kanał Crinan jest nazywany najpiękniejszym skrótem w Wielkiej Brytanii — pozwala ominąć trudne nawigacyjnie wody wokół półwyspu Kintyre, a jednocześnie sam w sobie stanowi atrakcję.

Niewiele brakowało, a musielibyśmy obejść się smakiem. Z powodu suszy w Szkocji maksymalne dopuszczalne zanurzenie zostało tymczasowo obniżone z 2,2 do 2,0 m. Znaleźliśmy się blisko limitu!

O całej naszej przygodzie na Kanale Crinan możecie przeczytać tutaj. Znajdziecie tam zarówno szczegółowe informacje żeglarskie i praktyczne wskazówki, jak i ciekawostki turystyczne. Okazało się bowiem, że to jeden z najbogatszych historycznie regionów Szkocji. Tam też odpowiadamy na pytanie, które pewnie właśnie pojawiło się w głowie każdego żeglarza: czy limit zanurzenia 2,0 m wystarczył dla naszego jachtu, czy jednak nie?



Kanał Kaledoński

Po wyjściu z Kanału Crinan bez zwłoki obieramy kurs na Kanał Kaledoński, przecinający Szkocję w poprzek — z zachodu na wschód. Oba kanały pokonujemy w ramach jednej, 14-dniowej licencji. Szczegółowe informacje o formalnościach związanych z jej zakupem oraz wskazówki, jak przy okazji trochę zaoszczędzić, znajdziecie w pierwszym wpisie poświęconym Kanałowi. Pierwsza i druga część relacji z przejścia Kanału Kaledońskiego to nie tylko opis naszej trasy, lecz także gotowy plan resju — z polecanymi przystankami i praktycznymi poradami.

Poza samą żeglugą czas spędzony na kanale upłynął nam na wędrówkach po spektakularnych górach i — rzecz jasna — na wypatrywaniu słynnej Nessie. Rejs przez Loch Ness był bez wątpienia jedną z największych atrakcji całego sezonu, choć niestety jego najsłynniejsza mieszkanka postanowiła pozostać w głębinach.



Szetlandy

Z Inverness na wschodnim wybrzeżu Szkocji wypatrujemy okna pogodowego, by przez Morze Północne popłynąć na Szetlandy. Szetlandy od pierwszych chwil urzekają nas jeszcze bardziej niż szkockie Highlandy. Przez kolejne dni przemieszczamy się wzdłuż wschodniego wybrzeża, odwiedzając dzikie wyspy i zatoki, podziwiając krajobrazy i faunę (zwłaszcza maskonury), spacerując po klifach, zwiedzając tajemnicze brochy (okrągłe kamienne budowle sprzed około trzech tysięcy lat) i poznając dziedzictwo Wikingów.



Szetlandy spodobały nam się tak bardzo, że już od pierwszego rzucenia kotwicy wiedzieliśmy, iż zostaniemy tu dłużej, niż pierwotnie planowaliśmy. W naszych głowach zdążyliśmy nawet skreślić Norwegię, Lofoty i dalsze punkty trasy — byle tylko nacieszyć się tym miejscem. Jak czasem wspominam na blogu, każdy ma na świecie takie zakątki, w których po prostu czuje się dobrze. Szetlandy bez wątpienia dopisaliśmy do naszej listy.

Po dotarciu do najbardziej wysuniętego na północ punktu Wysp Brytyjskich - ikonicznej latarni Muckle Flugga , trzeba było podjąć ostateczną decyzję, co robimy dalej. Na północ w linii prostej była już tylko Arktyka, a my biliśmy się z myślami, czy zostać na Szetlandach, czy płynąć do Norwegii. Kiedy już prawie ją odpuściliśmy, pojawiło się idealne okno pogodowe, by… jednak wyruszyć.



Wiedzieliśmy, że choć mamy dość czasu, aby dotrzeć na Lofoty, to na miejscu zostałoby nam go bardzo mało na eksplorację wysp i górskie wędrówki. Uruchomiliśmy więc Plan B — Norwegia, ale bliżej. Wybór padł na wcześniej upatrzony Sognefjorden, najdłuższy fiord Europy, leżący na północ od Bergen.

Norwegia

Pokonanie 190 mil z Szetlandów do norweskiego wybrzeża upłynęło nam głównie na omijaniu platform wiertniczych. Gdy w oddali zobaczyliśmy zarys lądu, od razu wiedzieliśmy, że było warto. Sognefjorden okazał się strzałem w dziesiątkę — spektakularne, tysiącmetrowe klify opadające pionowo do krystalicznie czystej, turkusowej wody, lodowce, soczysta zieleń i charakterystyczna skandynawska architektura sprawiły, że po raz kolejny wpadliśmy w zachwyt.



Co więcej, w porównaniu z zatłoczonymi o tej porze roku Lofotami, tutaj byliśmy niemal sami — często to my stanowiliśmy większą atrakcję przy małym pomoście w wiosce niż sama wioska dla nas. Połączyliśmy to, co kochamy najbardziej: żeglarstwo i góry. Z naszego domu pod żaglami oglądaliśmy lodowce, by następnego dnia po nich wędrować. Wybraliśmy się też na dwudniowy trekking z noclegiem w schronisku. Każde kolejne kotwicowisko było bardziej spektakularne.



To właśnie tutaj dotarliśmy do kresu naszej drogi na północ. Fjaerland — niewielka osada położona w odnodze głównego fiordu — stała się najbardziej wysuniętym na północ punktem naszej podróży: 61°24.272’N. To miejsce wyglądało jak pocztówka: Tranquility samotnie przy małym pomoście, w tle lodowiec, zachodzące słońce oświetlające szczyty gór… i sauna, z której mogliśmy to wszystko podziwiać.



U Kresu Podróży

Być może szerokość geograficzna, do której dotarliśmy, nie robi wielkiego wrażenia. Dla nas jednak ważniejsze niż symboliczne „odhaczenie” koła podbiegunowego jest to, ile czasu możemy naprawdę spędzić w danym miejscu. Nie zamienilibyśmy dwóch tygodni w Sognefjorden na szybkie zaliczenie Lofotów. Pozostanie bliżej okazało się jedną z najlepszych decyzji, jakie mogliśmy podjąć.

W tym najbardziej na północ wysuniętym punkcie kończymy pierwszą część naszej opowieści z sezonu 2025. W kolejnym wpisie "I z powrotem" opiszemy powrót z Norwegii do Hiszpanii — trasę nie mniej ekscytującą niż droga na północ. Zostańcie więc z nami!


Jeśli spodobał Ci się ten post i uważasz, że był dla Ciebie wartościowy,
może postawisz nam kawę? :)

Podobne posty

Hi! With a slight delay — because it’s already February 2026 — the time has finally come to sum up the past season sailing Spain to Norway and back. It was the third year we spent aboard our yacht Tranquility, sailing full-time. What was the 2025 […]
Witamy w drugiej części naszej żeglarskiej przygody na Kanale Kaledońskim w Szkocji! Tym razem zabieramy Was na odcinek z Fort Augustus do Inverness - aż do wyjścia z Kanału. Będziemy żeglować przez legendarne jezioro Loch Ness, wypatrując [...]

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *