Witamy w drugiej części wpisu Logbook 2025, w której zabierzemy Was z Norwegii do Hiszpanii. Jeśli nie czytaliście jeszcze części pierwszej (trasa Hiszpania - Norwegia) zachęcamy, abyście zajrzeli tam przed lekturą poniżego artykułu.
Szetlandy – Powrót z Północy
Po dwóch tygodniach żeglugi, w trakcie których wpłynęliśmy w głąb lądu aż 60 mil i zacumowaliśmy w najbardziej na północ wysuniętym punkcie naszej podróży w 2025 roku, przyszedł czas na drogę powrotną. Wiedzieliśmy jednak, że nie możemy odmówić sobie jeszcze jednego, dłuższego postoju na Szetlandach.
Rejs z Norwegii na archipelag okazał się wyjątkowo męczący. Morze było rozkołysane, a duże zafalowanie sprawiało, że żegluga momentami była naprawdę niekomfortowa.
Po raz kolejny jednak Szetlandy wszystko nam wynagrodziły: maskonury, foki podpływające pod jacht o zachodzie słońca, spacery po klifach i serdeczna lokalna społeczność. A kiedy wydawało się, że bardziej zachwycić się już nie da, spełniło się jedno z moich największych marzeń, z którym płynęłam na północ — spotkanie orek w ich naturalnym środowisku. I nie chodzi tu o osobniki znane z incydentów przy Gibraltarze.
Spotkanie z Orkami na Szetlandach
Oczywiście nie wydarzyło się to przypadkiem. Długo czytaliśmy, planowaliśmy i zbieraliśmy informacje, jak zwiększyć szanse na takie spotkanie. Aż pewnego ranka dotarła do nas wiadomość, gdzie były widziane. Sprawdzamy mapę — i okazuje się, że to na południe od nas, około 15 mil. Z informacji wynika, że przemieszczają się wzdłuż wybrzeża.
Szczęście sprzyja przygotowanym.
Kiedy w końcu je znaleźliśmy, kręciliśmy się w ich pobliżu, obserwując, jak się przemieszczają i polują. Co chwilę gdzieś między falami pojawiała się charakterystyczna czarna płetwa. Wynurzały się na moment, po czym znikały wśród fal, a my tylko wypatrywaliśmy, gdzie pokażą się znowu.
Po raz kolejny w życiu wypowiedziałam słowa, że już mogę umierać.
Trudno było uwierzyć, że spotkało nas takie szczęście — obcowanie na wodzie z tymi niezwykłymi stworzeniami było doświadczeniem niemal mistycznym.
Katastrofa Cataliny na wyspie Yell
Odwiedzamy kolejne kotwicowiska i zatoki. Z jednej z nich ruszamy do miejsca katastrofy samolotu Catalina, który rozbił się na wyspie Yell w 1942 roku.
Pamiętacie opowieść o betonowych blokach pod Brestem i pilocie, który wytropił Bismarcka? On oraz kilku członków załogi po sukcesie we Francji zostali przeniesieni na Morze Północne, by tropić bliźniaczy okręt — Tirpitz. I właśnie na Szetlandach skończyła się ich misja. Z powodu oblodzenia nie byli w stanie kontynuować lotu i w ciemnościach lądowali awaryjnie na wyspie. Z dziesięcioosobowej załogi przeżyły zaledwie trzy osoby.
W małym muzeum Old Haa w Burravoe znajduje się sala poświęcona tej katastrofie.
Lerwick – Stolica Szetlandów
Podczas drugiego przystanku na Szetlandach w końcu odwiedzamy Lerwick — stolicę archipelagu. Jak można się było spodziewać, jest dużo bardziej turystyczna niż inne miejsca, które odwiedziliśmy na wyspach. Jachty stoją w tratwie, port odwiedzają wycieczkowce, ale mimo to jest to bardzo przyjemny postój po tygodniach spędzonych w norweskiej i szetlandzkiej dziczy.
Przesuwając się na południe, odwiedzamy kolejne tajemnicze brochy i podziwiamy naturę. Prawie codziennie mamy wrażenie, że płyniemy przez Park Jurajski. Różnorodność i ilość życia na morzu — zwłaszcza morskich ptaków — jest trudna do opisania.
Żegluga na Fair Isle
Choć bardzo chcielibyśmy zostać na Szetlandach dłużej, zaczynamy wypatrywać okna pogodowego na Fair Isle. Ta niewielka wyspa leży dokładnie pomiędzy Orkadami a Szetlandami i jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. Co roku gniazduje tu ponad milion ptaków morskich. A każda okazja do oglądania maskonurów jest przecież dobra.
Spędzamy tam kilka dni, przemierzając wyspę wzdłuż i wszerz. Efekt? Na kartach pamięci mamy tyle ornitologicznych ujęć, że ich obróbka zajmie mi chyba długie lata.
Jesteśmy zachwyceni, choć zaskakuje nas duża liczba gospodarstw i rolnictwa na wyspie. Spodziewaliśmy się bardziej dzikich krajobrazów, ale może jesteśmy już po prostu zbyt rozpieszczeni północnymi Szetlandami.
Płyniemy na Orkady
Do zobaczenia został nam jeszcze jeden archipelag położony na północ od Szkocji — Orkady. Nawigacyjnie są bardziej wymagające, głównie ze względu na bardzo silne prądy między wyspami. Krajobraz jest też wyraźnie bardziej płaski.
Dopływamy tam od północnego zachodu i przez kilka dni, odwiedzając kolejne kotwicowiska, powoli przemieszczamy się w stronę Kirkwall — stolicy archipelagu. Każdego dnia rozwiązujemy kolejne prądowe łamigłówki. Nawet kilku-milowe odcinki między kotwicowiskami wymagają dokładnego planowania.
Jest jednak coś, co zapamiętam z tych miejsc najbardziej. Zapach bydła. Pojawiał się niemal natychmiast po wpłynięciu na kotwicowisko.
Kirkwall
Szybko okazuje się, że najwygodniejszym sposobem zwiedzania najważniejszych miejsc jest wynajem samochodu lub transport publiczny. Przemieszczanie się jachtem między zatokami — często bardzo odsłoniętymi — bywa logistycznie skomplikowane właśnie z powodu prądów. Zostawiamy więc łódkę w Kirkwall i ruszamy na ląd, by odkrywać tajemnicze kamienne kręgi i kurhany liczące nawet pięć tysięcy lat.
W porcie czeka nas też miła niespodzianka — niedaleko cumuje polski żaglowiec Kapitan Borchardt . Z jego załogą spędzamy bardzo przyjemne popołudnie.
Choć Orkady są fascynujące historycznie, krajobrazowo nie zachwyciły nas aż tak jak Szetlandy. Wygląda na to, że niewiele miejsc będzie w stanie je przebić.
Dookoła Cape Wrath
Powrót na północno-zachodnie wybrzeże Szkocji to kolejna łamigłówka pogodowo-prądowa. Przed nami Cape Wrath Cape Wrath — przylądek równie niesławny jak pobliski Pentland Firth. Choć wychodzimy w gęstej mgle, planowanie okazuje się idealne. Poranek na tym złowrogim rogu Szkocji wita nas spokojem i zaskakująco przyjaznymi warunkami.
Zaczynamy eksplorować północno-zachodnie wybrzeże Szkocji: małe zatoki, brak cywilizacji, cisza i spokój. I znów pojawia się ta sama myśl. Może zostać tu na dłużej. Znacznie dłużej.
Hebrydy i Spotkanie z Humbakiem
Jest jednak koniec lipca, więc powoli musimy myśleć o powrocie na południe. A przed nami przecież jeszcze Hebrydy . Żeglując wzdłuż północno-zachodniego wybrzeża, wypatrujemy więc okna pogodowego, by przeskoczyć na zewnętrzny archipelag do największego miasteczka - Stornoway.
Na trasie prowadzimy wzmożoną obserwację, bo wiemy, że w tym rejonie często pojawiają się wieloryby. W pewnym momencie dostrzegamy płetwę. Czy to popularny tutaj płetwal karłowaty? Chwilę później wszystko staje się jasne. Charakterystyczna płetwa ogonowa nie pozostawia wątpliwości — to humbak.
Po raz kolejny szczęście nam sprzyja. Nie dowierzamy własnym oczom. Spotkanie humbaka nie jest tak oczywiste jak napotkanie popularniejszych gatunków wielorybów, więc postanawiamy potwierdzić to z ekspertami. Mamy rację. Co więcej, okazuje się, że ten konkretny osobnik nigdy wcześniej nie był skatalogowany. Zdjęcia przesłane przez nas posłużą do wprowadzenia go do oficjalnego rejestru. Możemy nawet nadać mu imię. Ale ta przyjemność kosztuje 500 funtów, więc nasz humbak zostanie na razie z numerkiem 🙂
Hebrydy Zewnętrzne i Marzenie o St Kildzie
W fantastycznych nastrojach docieramy na Hebrydy Zewnętrzne, do Stornoway. Tutaj również najwygodniej zwiedzać archipelag samochodem — najważniejsze atrakcje, takie jak kamienne kręgi, brochy czy skanseny, znajdują się na zachodnim wybrzeżu, gdzie brakuje bezpiecznych kotwicowisk.
Choć lista spełnionych marzeń w tym rejsie stale rośnie, po głowie wciąż chodzi nam kolejne — wyprawa na St Kildę. To najbardziej odizolowana wyspa w Wielkiej Brytanii, gdzie aż do lat 30. XX wieku żyła ostatnia w Europie społeczność zbieracko-łowiecka.
Dlaczego dotarcie tam było dla nas marzeniem? Rejs na tę wyspę, oddaloną o prawie 40 mil od Hebrydów Zewnętrznych i leżącą na otwartym północnym Atlantyku, wymaga szczególnego układu pogody. Wschodniego wiatru, żeby tam dopłynąć. Zachodniego, żeby móc bezpiecznie kotwiczyć. Okna pogodowego na zwiedzanie. I znów zachodnich wiatrów na powrót.
Taka kombinacja nie zdarza się często. Dlatego niewiele jachtów dociera tam w ciągu roku, a my od początku traktowaliśmy tę wyprawę raczej w kategorii marzenia niż planu. Ale najwyraźniej rok 2025 postanowił nas rozpieszczać do samego końca. Znów trafia się prawie idealne okno pogodowe. Pokonujemy szalone prądy w cieśninie między Harris a Lewis, które nie do końca zachowują się zgodnie z tabelami, i płyniemy przez noc, żeby rano dotrzeć do wyspy otulonej mgłą.
St Kilda
Wiedząc, że na St Kildzie pogoda potrafi zmienić się diametralnie w ciągu piętnastu minut, nie tracimy czasu. Krótki odpoczynek po nocy na oceanie, zrzucamy ponton i lądujemy na wyspie. Nadal spowija ją mgła, ale mamy nadzieję, że w ciągu dnia zobaczymy ją w całej okazałości. Na nabrzeżu witają nas strażnicy parku i przekazują szczegółowe instrukcje dotyczące zwiedzania wyspy.
Spędzamy tu cały dzień, wędrując aż pod podstawy chmur, które zakrywają najwyższe klify. Po raz kolejny jesteśmy zachwyceni, choć zauważamy znacznie mniej gniazdujących ptaków niż na wcześniejszych archipelagach. Sezon lęgowy powoli dobiega końca, a ptaki migrują na morze, gdzie spędzą zimę.
Sama historia wyspy i fakt, że w ogóle udało nam się tu dotrzeć, są jednak wystarczającym powodem do świętowania. Zwłaszcza, że jachty, które dopłynęły tu dwanaście godzin po nas, nie miały już takiego szczęścia. Deszcz i niemal zerowa widoczność uniemożliwiły im zejście na ląd, a kolejne prognozy zmusiły do powrotu w stronę Szkocji, bez postawienia stopy na wyspie.
Sztorm Floris
Prognozowany sztorm zmusza do powrotu również nas. Ma nawet swoje imię — Floris — więc nie ma żartów. Schronienie znajdujemy ponownie w Stornoway. Tym razem podwójnie wiążemy cumy i dokładnie zabezpieczamy jacht. Dzielna załoga ze sztormem walczy… w tawernie. I w taki właśnie sposób spędzamy kolejne dwa dni.
Stornoway to jedno z nielicznych miejsc na Hebrydach, gdzie rosną drzewa. Przy wyborze schronienia kierujemy się prostą logiką — skoro przetrwały tu wiele ciężkich sztormów, to musi być bezpiecznie. Nie mylimy się. Odczyty wiatru są tu wyraźnie niższe niż w innych miejscach na wyspach.
Na Tyłach Sztormu
Po kilku dniach sztorm zaczyna słabnąć. Marina budzi się do życia i od rana wszyscy krzątają się, przygotowując do wyjścia w morze. Mnóstwo jachtów — w tym my — opuszcza port i rusza dalej.
Płynięcie na plecach przemieszczającego się niżu nie jest jednak łatwe. Co chwilę przechodzą szkwały, a w jednym z nich nasz wiatromierz przekracza 50 węzłów. Docieramy na północny-zachód Skye. Po zaledwie kilku godzinach odpoczynku, nad ranem ruszamy dalej, żeby w odpowiednim czasie przejść przez przesmyk między wyspą a głównym lądem. To miejsce słynie z bardzo silnych prądów. Obliczenia na szczęście nie zawodzą. Bez niespodzianek przechodzimy przez najwęższe i najbardziej problematyczne odcinki przy Loch Alsh.
Mallaig i Hogwart Express
Po kilku wietrznych dniach na kotwicowisku docieramy do Mallaig — niewielkiego miasteczka, które jest główną turystyczną bazą wypadową na wyspę Skye. To miejsce znane jest także miłośnikom Harry’ego Pottera. Właśnie tutaj kończy swój bieg słynny Hogwart Express , z którego trasą przecinaliśmy się już wcześniej na Kanale Kaledońskim.
W Mallaig dołącza do nas niestrudzona koleżanka. Jej podróż z Polski do tego małego szkockiego miasteczka zajęła dwa dni.
Hebrydy Wewnętrzne
Przez kolejny tydzień, już w powiększonym składzie, żeglujemy po wyspach Rum, Eigg i Skye. Chodzimy po górach, oglądamy foki i usuwamy sobie kleszcze, których w Szkocji zdecydowanie nie brakuje. Szkocja w dalszym ciągu nie zawodzi.
Dopływamy do Tobermory na wyspie Mull, gdzie odwiedzamy słynną destylarnię whisky i żegnamy się z Martą. Ona z kolei po raz kolejny spędzi dwa dni w drodze do domu. Mamy nadzieję, że było warto.
Oban i Iona
Kolejne przystanki to już okolice popularnego Oban. Odwiedzamy zamek Duart na wyspie Mull oraz kotwicowisko z farmą małż. Chociaż jestem wielką ich fanką, po ilości, jaką przyjęłam tamtego dnia, muli nie tknęłam przez kolejne 2 miesiące. Kotwiczymy też przy małej wyspie Kerrera i w końcu wpływamy do mariny w Oban. Doznajemy tu lekkiego szoku cywilizacyjnego. To zdecydowanie największe miasto, jakie widzieliśmy od wyruszenia z Inverness, więc czujemy się trochę przytłoczeni.
Prognozy nie są jednak zbyt optymistyczne, więc zamiast płynąć dalej, postanawiamy wybrać się promem — a właściwie dwoma promami i autobusem — na jeszcze jedną wyspę - Iona.
To święta wyspa Szkotów, miejsce, do którego po raz pierwszy dotarli misjonarze z Irlandii. Z tego powodu jest bardzo turystyczna, ale zdecydowanie warta odwiedzenia.
Oban okazuje się naszym ostatnim przystankiem w Szkocji. Choć bardzo chcieliśmy jeszcze odwiedzić wyspy Jura i Islay, pogoda niestety na to nie pozwala. Płyniemy więc prosto do Irlandii Północnej. Cel: Belfast.
Płyniemy do Irlandii
Belfast i Titanic
Wejście w nocy wąskim kanałem, obok potężnych statków, robi spore wrażenie. Ale nie aż takie jak moment, gdy cumujemy tuż obok suchego doku, w którym zbudowano Titanica. Fakt, że mogę dopłynąć własnym jachtem do miejsca o takiej morskiej historii — historii, na której jako dziecko właściwie wyrosłam — jest dla mnie czymś niesamowitym.
Zwiedzamy oczywiście Muzeum Titanica. Choć jest bardzo nowoczesne, pozostawia w nas pewien niesmak robienia atrakcji turystycznej z ludzkiej tragedii. Zdecydowanie wolelibyśmy bardziej wyważony przekaz, mniej nastawiony na masową turystykę.
Przed muzeum stoi również odnowiony statek SS Nomadic, który służył do dowożenia pasażerów na Titanica, gdy ten nie mógł wejść do portu ze względu na swoje rozmiary. Czyli był dokładnie tym, czym dla naszej Tranquilityjest ponton. Fajny mieli ten ponton.
Belfast i “The Troubles”
Belfast to również bardzo trudna historia konfliktu między IRA a unionistami.
Jak zwykle idziemy na walking tour — wycieczkę po mieście z przewodnikiem. Zaintrygowani historią konfliktu, które tutaj eufemistycznie nazywa się „The Troubles”, czyli “Kłopotami”, zapuszczamy się także w mniej turystyczne części miasta w ramach kolejnego, już tematycznego “Walking Tour’a”.
Trudno nam uwierzyć, że w XXI wieku, w Europie, przez niektóre dzielnice wciąż biegnie czterometrowe ogrodzenie zamykane na noc, żeby ograniczyć liczbę incydentów między sąsiadującymi grupami. Jeszcze bardziej surrealistyczny jest widok billboardów nawołujących do wstępowania do organizacji paramilitarnych oraz ich symboli, które ludzie wykuwają w bramach własnych domów - a to wszystko w dzielnicach zwolenników unii z Wielką Brytanią. To wszystko budzi więcej pytań niż odpowiedzi.
Dublin i Powrót na Południe
Z Belfastu udajemy się do Dublina. Znów zwiedzamy miasto, czas spędzamy słuchając irlandzkiej muzyki na żywo i sącząc Guinnessa.
Ale czas ruszać na południe, jednak południowe wiatry są innego zdania. Po raz kolejny zatrzymują nas w walijskim w Milford Haven , gdzie już w drodze na północ zaliczyliśmy całkiem długi przystanek. Cóż — najwyraźniej to miejsce nas przyciąga, choć wciąż nie bardzo wiemy dlaczego.
Isles of Scilly – Brytyjskie Bahamy
Po kilku dniach oczekiwania, szarpania łódki przez wiatr i krążenia między kotwicowiskami a mariną w końcu wychodzimy na południe. Pogoda w końcu nam sprzyja, więc po przyjemnych kilkudziesięciu milach dopływamy do archipelagu, który ominęliśmy w drodze na północ — Isles of Scilly.
Te należące do Wielkiej Brytanii wyspy, leżące na przedłużeniu Kornwalii, często nazywane są Brytyjskimi Bahamami, a to za sprawą wspaniałych, piaszczystych plaż i turkusowej wody.
Planujemy zatrzymać się w małej zatoce na wyspie St Agnes, ale kotwicowisko okazuje się dalekie od ideału. Na miejscu widzimy, że przestrzeń jest ograniczona przez prywatne boje, a do zatoki — mimo północnej odchyłki wiatru — nadal wchodzi zafalowanie.
Po kilku godzinach rozbujanego postoju postanawiamy przepłynąć na największą wyspę archipelagu — St Mary’s. Tam wiążemy się dziobem i rufą do gościnnych boi i ruszamy zwiedzać wyspę. Kolejne dni spędzamy, pływając leniwie między małymi wysepkami archipelagu. Ciasne i odsłonięte kotwicowiska, do których prawie zawsze wchodzi zafalowanie, sprawiają jednak, że trudno nam znaleźć naprawdę dogodne miejsce na postój. Kiedy tylko pogoda na to pozwala, wychodzimy w stronę Francji. Kanał Angielski przed nami.
Żegluga Wybrzeżem Francji
Rejs przebiega bez niespodzianek, jednak opóźniający się front sprawia, że odpływamy dalej na wschód, niż planowaliśmy. Tym razem nie zatrzymujemy się w Breście, tylko w mniejszej marinie Aber Wrac’h, położonej bardziej na północ. Tam załatwiamy formalności związane z powrotem do Unii Europejskiej.
Lorient
Tym razem nie planujemy przechodzić przez Biskaje tak jak do tej pory, ale żeglować wzdłuż wybrzeża Francji. Pierwszy dłuższy przystanek robimy w Lorient — światowej stolicy żeglarstwa regatowego i miejscu, gdzie powstała i bazowała francuska Kompania Wschodnioindyjska.
Ponieważ oba te aspekty bardzo nas interesują, spędzamy w mieście kilka dni, intensywnie je zwiedzając. Znajduje się tu jedno z najlepszych muzeów Kompanii Wschodnioindyjskiej, które zachwyca wystawami, artefaktami i historiami z epoki kolonializmu. Obok niego jest również mniejsze, ale bardzo interesujące muzeum ratownictwa morskiego.
W miejskiej marinie podziwiamy natomiast najnowocześniejsze jachty regatowe świata. Trimaran Sodebo, który właśnie tam spotkaliśmy, kilka miesięcy później ustanowi rekord świata w okrążeniu Ziemi i zdobędzie Pucharu Juliusza Verne'a. Okrąży planetę w niewiele ponad 40 dni, bijąc rekord z 2017 roku o 12 godzin!
W Lorient można również zwiedzać jeden z nielicznych okrętów podwodnych udostępnionych dla zwiedzających, co oczywiście robimy. Jest to francuska jednostka z lat 60., jednak w czasach II wojny światowej znajdowała się tu ogromna baza niemieckich okrętów podwodnych. Potężne hangary do dziś górują nad mariną.
Île d’Yeu
Następnym przystankiem we Francji jest sielska wyspa Île d’Yeu, położona między Lorient a La Rochelle. Wypożyczamy rowery i w jeden dzień zwiedzamy ją całą. Wyspa jest pełna szlaków rowerowych i ścieżek, więc jest to bardzo przyjemny sposób na jej poznanie.
La Rochelle
Z Île d’Yeu kierujemy się w stronę La Rochelle, naszego ostatniego przystanku we Francji. Już dopływając do mariny widzimy, że żeglarstwo naprawdę tu kwitnie — na wodzie jest ekstremalnie gęsto od wszelkiego rodzaju łódek. Marina w La Rochelle jest największą mariną w Europiei oferuje miejsca dla około 5000 jachtów. Robi to ogromne wrażenie, zwłaszcza że samo wyjście z niej pieszo zajmuje więcej czasu niż późniejsze dostanie się do miasta.
Samo miasto również nas oczarowuje. Elegancka francuska architektura, jesienne słońce, ruch na wodzie i ciekawe zabytki sprawiają, że miejsce jest zdecydowanie warte polecenia.
Zatoka Biskajska
Ruszamy na Biskaje? Tak — choć tym razem w nieco skróconej wersji.
Przecinając je z Brestu do hiszpańskiej A Coruña, zwykle płynie się około 3 dób. Natomiast z La Rochelle do Bilbao, naszego pierwszego planowanego przystanku w Hiszpanii, to półtorej doby.
I są to zdecydowanie najprzyjemniejsze i najspokojniejsze Biskaje, jakich kiedykolwiek doświadczyliśmy. Przez większość czasu płyniemy na genakerze, a warunki są fantastyczne. Do Bilbao dopływamy jeszcze przed nocą, więc zatrzymujemy się na kotwicowisku na wschód od miasta, żeby następnego dnia spokojnie wejść do portu.
Bilbao – A Coruña
Z portu do miasta nie jest blisko — trzeba jechać pociągiem, który jedzie około 30 minut. Plan jest standardowy: walking tour i poznanie regionu Hiszpanii, w którym jeszcze nie byliśmy. Bilbao to stolica Kraju Basków, więc jesteśmy ciekawi, czym się wyróżnia — oczywiście poza językiem.
Jemy przepyszne tapas i pintxos, kręcimy się po mieście, a następnego dnia udajemy się w miejsce, do którego zmierza większość turystów odwiedzających Bilbao — do Muzeum Guggenheima , słynnego muzeum sztuki współczesnej. Powiem tylko, że było to najgorzej wydane 30 euro w naszym życiu… i postawię tu kropkę.
Protesty wsparcia dla Palestyny oraz strajk generalny w Hiszpanii powodują, że powrót do portu jest utrudniony. Przez 50 minut jedziemy ściśnięci jak sardynki w metrze, ponieważ kursuje ich ograniczona liczba. Efekt? Już wypływając z Bilbao czujemy się kiepsko. Kolejne dwie noce na morzu, z krótkim postojem w Gijón, też nie pomagają.
Do A Coruña docieramy już mocno przeziębieni. Zostajemy tam ponad tydzień, bo przeziębienie szybko przeistacza się w chorobę, przez którą trudno jest nam nawet wyjść na pokład, a podstawowe czynności stają się ekstremalnie trudne. Takie są efekty kontaktu z cywilizacją, kiedy przez prawie pół roku przebywało się w mało zaludnionych miejscach.
Zachodnie Wybrzeże Hiszpanii
Kiedy w końcu wypływamy z A Coruña, jest już koniec października. Przed nami znów mozolna żegluga wzdłuż wybrzeża, gdzie mniej przyjazne stado orek niż to na Szetlandach atakuje jachty. Na samą myśl o tej przeprawie jesteśmy zmęczeni.
Z doświadczenia wiemy, że oznacza to niekomfortową drogę po płytkich wodach, ciągłe wypatrywanie zagrożenia, omijanie sieci i skomplikowane planowanie. Zwłaszcza że tym razem ataki zdarzają się wokół nas — to dzień przed nami, to 10 mil przed nami… Orki zdecydowanie są w formie..
Baiona
Nie udaje się też planowany przystanek w zatoce Vigo. Dopływamy wieczorem i okazuje się, że w żadnej marinie nie ma miejsca dla naszej łódki, co o tej porze roku jest bardzo zaskakujące. Nie pozostaje nam nic innego, jak płynąć dalej — kolejne dwie godziny do miasteczka Baiona.
Zostajemy tam przez kilka dni, bo wybrzeże nawiedza kolejny jesienny sztorm. Baiona okazuje się uroczym i ciekawym miejscem, choć poza sezonem zdecydowanie mało żywym. Zapisała się jednak w historii jako pierwszy europejski port, do którego dotarła wiadomość o odkryciu Ameryki. To właśnie tutaj w 1493 roku przypłynęła karawela La Pinta z wyprawy Kolumba.
Porto
Będąc w tym rejonie i nie odwiedzić Porto — mimo że byliśmy tam już wiele razy — nie wchodzi w grę. Niestety bardzo słaba prędkość, jaką osiągamy w drodze do znanej nam mariny Leixões , sprawia, że ostatnie dwie godziny żeglugi wypadłyby już w całkowitych ciemnościach. Biorąc pod uwagę duże ilości nieoświetlonych sieci rybackich na trasie, nie decydujemy się kontynuować.
Zamiast tego płyniemy do Póvoa de Varzim, mniejszego, bardzo turystycznego i wypoczynkowego miasteczka na północ od Porto. Okazuje się to bardzo dobrym wyborem — marina jest zdecydowanie bardziej komfortowa, przyjemna i schludniejsza niż Leixões, które niestety do najczystszych nie należy. Do Porto kursuje stąd szybkie metro, więc jest to idealna baza wypadowa do zwiedzania miasta. Porto zachwyca również jesienią.
Póvoa de Varzim, podobnie jak wiele innych portów wzdłuż atlantyckiego wybrzeża Portugalii, ma jednak swoje minusy. Jesienią i zimą, kiedy wybrzeże często nawiedzają atlantyckie sztormy, wiele portów pozostaje zamkniętych nawet tygodniami . Ich status można na bieżąco monitorować na stronie internetowej tutaj albo obserwując znaki i światła na wieży lub przy wejściu do portu. Niestosowanie się do tych restrykcji skutkuje wysokimi mandatami. Żeby jednak nie było za łatwo — sami przekonaliśmy się, że znaki na wieży nie zawsze mają odzwierciedlenie w oficjalnej dokumentacji i trudno zorientować się, co właściwie oznaczają. Czasami są nawet sprzeczne z informacjami podawanymi na wspomnianej stronie i na stronie samego portu.
Nazaré
Po kilku dniach postoju udaje nam się znaleźć kilkugodzinne okno, w którym port jest otwarty i uciec przed kolejnym sztormem oraz następnym, wielodniowym zamknięciem.
Dopływamy do Nazaré, które często jest jedną z niewielu marin pozostających otwartych nawet przy trudnej pogodzie — głównie dzięki dobremu osłonięciu portu i układowi falochronów. Widząc, jak kształtują się fale, sprawdzamy prognozy… dla surferów. Nie dlatego, że sami surfujemy, ale dlatego, że Nazaré jest światową mekką tego sportu. Oprócz surferów zjeżdżają się tu również tłumy widzów, żeby z klifu nad słynną Praia do Norte obserwować ich zmagania z żywiołem.
Nie mylimy się — prognozy zapowiadają fantastyczne warunki surferskie, z falami przekraczającymi 12 metrów. Choć w Nazaré nie robi to aż takiego wrażenia. To właśnie tutaj ustanowiono rekord świata w najwyższej fali, z jakiej kiedykolwiek surfowano — miała prawie 30 metrów.
Po zacumowaniu ruszamy więc prosto na punkt widokowy. Klif jest pełen widzów dopingujących surferów, a widok potężnych fal i maleńkich sylwetek ludzi robi ogromne wrażenie. Przez kilka godzin stoimy i oglądamy spektakl człowiek–natura. Udaje nam się też uchwycić kilka ujęć głównych bohaterów.
W Nazaré odwiedzamy też stragany z tradycyjną suszoną rybą , a nawet — skuszeni chęcią spróbowania tego przysmaku — kupujemy kilka sztuk. Po przyrządzeniu ich według tradycyjnego przepisu nie znaleźliśmy jednak przewagi takiej ryby nad świeżą. Oprócz tego, że do jej przechowywania nie jest potrzebna lodówka.
Cascais i Lizbona
Znów czekanie na okno pogodowe i znów mozolna droga na południe. Krótkie dni nie zawsze pozwalają nam dostosować się do zalecenia, aby w rejonie ataków orek nie pływać nocą. Do kolejnego portu — Cascais, niedaleko Lizbony — wchodzimy już po zmroku.
Zapowiada się kolejny dłuższy przystanek. Czas wykorzystujemy, odwiedzając dobrze znaną nam Lizbonę, a dokładniej Belém. To nasza ulubiona dzielnica miasta, a wszystko za sprawą Pomnika Odkrywców, który został wzniesiony w 1960 roku, aby upamiętnić portugalskich żeglarzy.
Na jego czele stoi Henryk Żeglarz, który zapoczątkował i inspirował portugalskie wyprawy morskie. Wśród 33 postaci można odnaleźć takie nazwiska jak Vasco da Gama i Ferdinand Magellan. Na placu przed pomnikiem znajduje się imponująca róża wiatrów połączona z mapą świata, na której zaznaczono trasy portugalskich wypraw. Ile z nich kiedyś sami przemierzymy?
Z każdą kolejną przeprawą przez terytorium orek jesteśmy coraz bardziej znużeni koniecznością dostosowywania żeglugi do tego problemu. Ponieważ orki nie atakują na bardzo głębokich wodach, z Cascais decydujemy się wyjść daleko w ocean, na zachód, żeby na głębokościach większych niż 1000 metrów ominąć wybrzeże, gdzie do ataków dochodzi najczęściej.
Dwie doby na oceanie, bez ciągłego wypatrywania orek, wyraźnie podnoszą morale załogi i przywracają radość z żeglowania.
Kadyks i Sewilla
Zgodnie z planem na wybrzeże wracamy dopiero na wysokości miasta Kadyks, gdzie planujemy kolejny postój. Ominięcie zagrożonych rejonów — choćby na krótkim odcinku — okazuje się bardzo dobrą decyzją.
Kadyks planowaliśmy odwiedzić już dawno, ale nasza trasa zawsze układała się tak, że go omijaliśmy. Tym razem w końcu się udaje. A że do celu zostało już niewiele, mamy czas, żeby zwiedzić zarówno Kadyks , jak i wybrać się pociągiem do Sewilli.
W Kadyksie na dobry początek trafiamy na ćwiczenia na wypadek tsunami, do których podchodzi się tu bardzo poważnie, ze względu na realne zagrożenie tym zjawiskiem. Jak zwykle wybieramy się na walking tour, a jeden z wieczorów spędzamy na pokazie flamenco , dla nas już kolejnym w Hiszpanii.
Sewilla również nie zawodzi. Mimo niskiego sezonu turystów jest mnóstwo, ale udaje nam się zdobyć bilety zarówno do zamku Alcázar w Sewilli , jak i do Katedry Najświętszej Marii Panny.
Alcázar, zbudowany w stylu Mudéjar — czyli łączącym wpływy chrześcijańskie i islamskie — robi duże wrażenie, choć nie aż takie jak Alhambra w Grenadzie. Katedra jest natomiast wyjątkowa z innego powodu — znajduje się tu grób Krzysztofa Kolumba..
Bardzo interesujące okazuje się również zwiedzanie areny do corridy, czyli Plaza de Toros de la Maestranza, oraz znajdującego się na jej terenie muzeum. To doświadczenie ostatecznie utwierdza nas w przekonaniu, że corridy nie mamy w planach obejrzeć na żywo.
Ostatnia Prosta
Droga do celu wiedzie standardową trasą — z Kadyksu, przez Barbate, aż na Gibraltar. Mimo początkowego planu dotarcia do Almerimar, mariny, z której zaczęliśmy nasz rejs w 2025 roku, decydujemy się zostawić jacht na zimę w marinie La Línea, po hiszpańskiej stronie Gibraltaru.
Docierając na miejsce, wita nas widok… brytyjskiego lotniskowca z F-35 na pokładzie. Kotwiczenie w takim towarzystwie nie zdarza się codziennie.
Z Norwegii do Hiszpanii - Podsumowanie
Sezon 2025 do dosłownie ostatniego dnia był pełen przygód, o czym najlepiej świadczy długość tego podsumowania. To, co z niego wynosimy, to totalne zauroczenie północą i wyższymi szerokościami geograficznymi — do których już myślimy jak wrócić.
Wiele miejsc, o których wspomnieliśmy w tym tekście, zostanie bardziej szczegółowo opisanych w osobnych, poradnikowych artykułach. Tam będzie więcej szczegółów, polecajek i konkretnych wskazówek.
Nie przedłużając — mamy nadzieję, że ten opis choć na chwilę przeniósł Was do zielonej Szkocji, gdzie obok naszego jachtu pływały orki, a urocze maskonury dumnie prezentowały swoje kolorowe dzioby.






































































Brak komentarzy